Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/ten-mierzyc.kepno.pl.txt): Failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server350749/ftp/paka.php on line 5

Warning: Undefined array key 1 in /home/server350749/ftp/paka.php on line 13

Warning: Undefined array key 2 in /home/server350749/ftp/paka.php on line 14

Warning: Undefined array key 3 in /home/server350749/ftp/paka.php on line 15

Warning: Undefined array key 4 in /home/server350749/ftp/paka.php on line 16

Warning: Undefined array key 5 in /home/server350749/ftp/paka.php on line 17
Tammy spojrzała na niego takim wzrokiem, jakby po¬stradał zmysły.

szkoła? Huff żył myślą o tym dniu. Tata zaznaczył go w kalendarzu ze zdjęciem nagiej kobiety, który pan J. D. Humphrey miał w swoim biurze. Tego dnia Huff będzie mógł dołączyć do reszty dzieci na szkolnym dziedzińcu i do ich zabaw. Z duszą na ramieniu podreptał za tatą do okna bez szyby i zobaczył błyszczący czarno-biały samochód z czerwonym kogutem na dachu. W środku, wraz z policjantem siedział pan J. D. Humphrey. Nie uśmiechał się jednak jak wtedy, gdy wręczał Huffowi zużytą dętkę. Kiedy wysiedli z samochodu i ruszyli w kierunku szopy, Huff zauważył, że oficer trzyma w ręku białą pałkę policyjną, którą uderzał lekko w dłoń. Tata powiedział Huffowi, że ma zostać w domu, sam zaś wyszedł na przywitanie. - Dobry wieczór, panie Humphrey. - Nie chcę żadnych kłopotów. - Słucham, proszę pana? - Oddaj mi to. - Co mam oddać, panie Humphrey? - Nie strugaj przede mną wariata, chłopcze - warknął policjant. - J. D. wie, że to ty wziąłeś. - Niczego nie wziąłem. - Pamiętasz to pudełko po cygarach, w którym trzymam całą gotówkę? - Tak, proszę pana. - Gdzieś zniknęło. Kto inny mógłby je zabrać? - Nie wiem, proszę pana, ale to nie ja. - Ty głupi biały śmieciu, myślisz, że w to uwierzę? Huff wyjrzał przez okno. Twarz pana Humphreya zrobiła się naprawdę czerwona. Policjant się uśmiechał, ale wcale nie wyglądał przyjaźnie. Podał pałkę panu Humphrey'owi ze słowami: - Może to przemówi mu do rozsądku. - Panie Humphrey, ja... - To wszystko, co tata Huffa miał szansę powiedzieć, zanim pan Humphrey uderzył go pałką w ramię. Musiało strasznie zaboleć, bo tata opadł na jedno kolano. - Przysięgam, nie ukradłbym... - Ale pan Humphrey uderzył go jeszcze raz, tym razem w głowę. Zabrzmiało to trochę tak, jak siekiera rozłupująca kawał drewna na opał. Tata Huffa upadł na ziemię i legł nieruchomo, nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku. Huff stał przyrośnięty do podłogi, tuż przy oknie, oddychając ciężko z niedowierzania i przerażenia. - Jezu, J. D., aleś mu dołożył - roześmiał się policjant, pochylając się nad tatą. - To go oduczy okradania mnie. - Niczego go nie oduczy. - Oficer wyprostował się i wyciągnął chusteczkę, którą otarł zakrwawione palce. - Nie żyje. - Żartujesz sobie? - Zimny trup. Pan Humphrey podrzucił pałkę kilka razy, jakby oceniając jej ciężar. - Czy to ma w środku jakiś pręt żelazny? - W sam raz na czarnuchów. - Policjant popchnął lekko tatę Huffa czubkiem buta. - Jak on się nazywał? Pan Humphrey odpowiedział, ale przekręcił imię taty. - To tylko biały śmieć. Przybłęda. Człowiek próbuje postąpić po chrześcijańsku, wyciągnąć pomocną dłoń, a ta gadzina tylko ją gryzie. - Święta prawda. - Policjant potrząsnął głową ze smutkiem. - Trudno. Przyślę tu jutro przedsiębiorcę pogrzebowego. Pewnie hrabstwo będzie musiało zapłacić za pogrzeb. - Słyszałem, że szkoła medyczna zawsze szuka zbędnych ciał.

- Jakiego zamieszania może narobić seks. - To było coś więcej niż seks. - O tym właśnie mówię. To nie było... Rzuciła ciuchy na ziemię i podeszła do niego całkiem naga. Położyła mu palec na ustach. - Nie kłam, Brig. Wszystko inne możesz robić. Ale nie kłam. - Ja nie... - Gówno! - Dotknęła kciukiem swojego mostka. - Ja też tu byłam. Wiem, co czułam i wiem, co ty czułeś. - Ku jej przerażeniu załamał jej się głos. - Nie masz pojęcia. To był twój pierwszy raz, ale nie mój. - Co chcesz przez to powiedzieć? - Bała się oddychać ze strachu przed tym, co usłyszy. Głos Briga był szorstki i stanowczy. - Przeżyjesz jeszcze wiele orgazmów, ale nie ja cię do nich doprowadzę. To był tylko seks, Cass. Nic więcej. Zrobisz to z tuzinem innych chłopaków... Zareagowała od razu. Zamachnęła się i uderzyła go w twarz. Odgłos poniósł się echem po stajni. - Nigdy! - Akurat. - Potarł policzek. Dostrzegła ból w jego oczach. Całym swoim naiwnym sercem wierzyła, że stara się być szlachetny. - Brig, przepraszam. Nie chciałam... - Dorośnij, Cassidy. - Odwrócił się do drzwi. - Ale nie licz, że ja ci w tym pomogę. - Bo kochasz Angie? - Poczuła się tak szczeniacko, tak głupio... Całe jego ciało napięło się, a kręgosłup zesztywniał. Odwrócił się twarzą do niej. Wyglądał jakby postarzał się o dziesięć lat. - Nie kocham Angie - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Ciebie też nie kocham. Nikogo nie kocham i jest mi z tym dobrze. Poczuła się tak, jakby to ona dostała policzek. Łzy dławiły ją w gardle i paliły w oczy. - Przeżyjesz to. - Nie. - Na pewno tak. I któregoś dnia, kiedy będziesz starsza, wyjdziesz za kogoś, kto ma takie same marzenia jak ty. Za kogoś, kogo zaakceptują twoi rodzice i kto na ciebie zasługuje. - Brig... - Ja cię nie kocham, Cassidy. Więc nie wciągaj mnie w swoje dziecinne fantazje. Nic z tego nie będzie. Przyglądała się, jak wychodzi. Jak odchodzi z jej życia. Część jej - ta część naiwnej nastolatki - zwiędła i umarła. Deszcz pluskał i chlupotał w piaszczystych rowach. Konie nerwowo wierzgały nogami w boksach. Cassidy poczuła, że ma w oczach łzy. Pozbierała swoje rzeczy. Czego się spodziewała? Przysięgi dozgonnej miłości? Od Briga McKenziego? Była marzycielką. Przecież on tutaj czekał na Angie. Usłyszała ryk silnika harleya. Żwir się rozbryznął, biegi zawyły przeraźliwie. Motor odjechał i dźwięk ucichł w deszczu. - Szczęśliwej drogi. - Wcale tak nie myślała. Gdyby wrócił, znowu całowałaby się z nim i kochałaby się z nim jeszcze raz. Kochała się. Zrobiła to. Zamiast siostry. To ona uwiodła Briga McKenziego. Ta myśl napawała ją goryczą. Założyła majtki i pomyślała o Angie. Gdzie ona jest? Dlaczego chciała się spotkać z Brigiem? Wciągnęła spodenki i już znała odpowiedź. Angie miała zamiar uwieść go jeszcze raz. Zamiast niej zrobiła to młodsza siostra. Cassidy zamrugała oczami, zapięła bluzkę i postanowiła, że nie będzie o tym więcej myśleć. Kochała Briga całym sercem, ale on nigdy jej nie pokocha. Derrick cały czas był na dworze. Z bronią. Zdrętwiała. Założyła buty, chwyciła uprzęż Remmingtona i wybiegła ze stajni. Zobaczyła, że coś się porusza przy drzwiach. Omal nie krzyknęła. Warkot silnika samochodu słychać było coraz bliżej. Cassidy zalały światła reflektorów. Stanęła bez ruchu, jak w pułapce. Nieznajomy samochód zatrzymał się i wysiadła z niego matka. Potknęła się. - Dziękuję za podwiezienie. Otworzyła parasol. Samochód odjechał, zostawiając ją w ulewie twarzą w twarz z córką. - Co ty wyprawiasz? Musiała skłamać. - Sprawdzałam, co z Remmingtonem. - Aha. I co? - Dena była zgryźliwa. - Z nim pewnie wszystko w porządku, ale tobie nie wolno na nim jeździć. Zwłaszcza w nocy, i to w deszczu. - Wiem, ale... - Była szalona. Musiała ratować Briga. Przed Jedem. Przed Derrickiem. Przed Angie. Przed nim samym. - Nie sprzeciwiaj się. - Dena pomachała palcem przed nosem Cassidy. - Odłóż lejce na miejsce i zmiataj z tego deszczu. - Wyjęła z włosów Cassidy słomkę siana. Jej wargi zacisnęły się podejrzliwie.
- Który to twój dom?
Benito nigdy nie pytał, dokąd jadą i po co, ale wiedział, czym
z jego gardła wyrwał się głośny, rozpaczliwy szloch.
to, by raz jeszcze uderzyć głową w ścianę, to byłoby zbyt wiele.
wszędzie można było polegać na komórce. Ale wątpiła, by Olivia
63
an43
takich telefonów miałam przez ostatnie dziesięć lat? Zgadnij, ile z
- O Boże - sapnął RP, wpadając na salę. Umilkł, rzuciwszy
po zatłoczonych uliczkach Juarez, aż dojechali pod drzwi z napisem
wreszcie swojego zaginionego?
przyciągnął do siebie, zanim sam na dobre otworzył oczy Było mu z
Poza tym nie miał żadnej widocznej biżuterii. Jego silne szczupłe ręce

- Oczywiście, pytaj. Zainteresowanie, jakie mi okazujesz swoimi pytaniami, także jest mi bardzo miłe i stanowi

charakterystyczny dla siebie, denerwujący sposób. Czekanie
się jednak inny nastolatek, młodszy od tamtego, za to z jeszcze
w życiu. Teraz nie miała już nic. Zakrztusiła się nagle i rozkaszlała

dom. Milla zamknęła oczy i czekała, aż Diaz wróci. Zawsze wracał. ..

- Nigdy nie jem w łóżku. Służba doskonale o tym wie. Wystarczyło ich spytać.
- Akurat! - wysyczała zduszonym szeptem Tammy, sta¬rając się nie przestraszyć małego, którego przytulała mocno do siebie, jakby pragnęła go obronić przed całym światem. Miała szaloną ochotę komuś przyłożyć. - Dziecko, o które się dba, nie zachowuje się w taki sposób!
- Świetny pomysł. Południowy stok jest bardzo przy¬jemny o tej porze dnia - zgodził się Dominik i odwrócił głowę, by ukryć chytry uśmieszek.

chciała powiedzieć, że włoży bluzę na wierzch, aby zakryć plamy

- Nie ukarałbyś go więc za to, że straciłeś przez niego Światło Księżyca?
Piękne oczy. Niebieskie i czyste jak jezioro wśród gór. Mogłaby w nich zatonąć. Byleby tylko nie myśleć o tym, co się stało.
- W świetle prawa władcą jest Henry.